poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Sekwencja pierwsza

~ Tak, jak mówiłam, są sekwencje zamiast rozdziałów :3 enjoy ~ 

   Chłopak słysząc dzwonienie jego komórki niechętnie wstaje, odkłada książkę i podchodzi do telefonu, który leży po drugiej stronie pokoju.
   - Tak?
   - Jesteś gotowy? - pyta się Yusuf, jego przyjaciel po drugiej stronie telefonu. - Pomyślałem, że gdzieś wyskoczymy jako, że pojutrze wyjeżdżamy... wiesz, małe rozerwanie się.
   - Dzięki, Yusuf, ale nie - odmawia spokojnie chłopak. - Nie mam... nastroju.
   - Daj spokój! - Yusuf się śmieje. - Możemy tu nie wrócić, a ty nie chcesz iść ze swoim kumplem do klubu?
   - Yusuf, nie mam ochoty - powtarza chłopak.
   - Jak chcesz, stary - odpiera Yusuf. - Do zobaczenia przy pociągu... lub do usłyszenia.
   - Albo do zobaczenia dzisiaj w nocy, kiedy będę po ciebie przyjeżdżał do klubu - powiedział spokojnie chłopak.
   Yusuf się śmieje.
   - I właśnie za to cię lubię, Hayato - odpowiada i się rozłącza.
   Japończyk wzdycha, wkłada portfel i komórkę do czarnego plecaka, zakłada biały podkoszulek, czarną koszulę i beżową kurtkę. Jest gotowy do wyjścia, ale się zatrzymuje, zanim naciśnie klamkę drzwi mieszkania.
   Odwraca się, wysuwa szufladę komody, wyciąga z niej nóż w pochwie i wkłada go sobie za pas spodni z tyłu.
   - Przezorny zawsze ubezpieczony... - szepcze, po czym opuszcza mieszkanie. Przed wyjazdem musiał zrobić coś jeszcze.

~*~ 

   Cmentarz nie jest wesołym miejscem, jednak Hayato przed podróżą musi odwiedzić grób swoich rodziców. Stoi tam teraz patrząc na ich wspólne zdjęcie - roześmianą kobietę i uśmiechniętego mężczyznę. Hayato kuca, zapala znicz wyciągnięty z plecaka i go zapala, obok kładzie bukiecik konwalii, ulubionych kwiatów jego mamy. Cudem go znalazł w tej dzielnicy. Mimo wielkiej miłości, jaką darzył swoich rodziców, nie miał ochoty jeździć po całym Bostonie, żeby kupić bukiet konwalii.
   Hayato wdycha, strzepuje śnieg z ławeczki i na niej siada. Przykrywa blond włosy kapturem kurtki i chucha sobie w ręce, żeby się rozgrzać.
   - Cześć - zaczyna niepewnie. - Dawno mnie nie było, przepraszam, ale mój trener nie dawał mi wiele wolnego czasu - Hayato kontynuował "rozmowę" z rodzicami. - Właściwie nie było mnie tu od pogrzebu, nie odwiedziłem was od siedmiu lat, głupio mi, przepraszam - chłopak robi pauzę. - Bractwo asasynów to dla mnie druga rodzina. Jestem im niezmiernie wdzięczny za adopcję, ale przez nich się zmieniłem, jestem... - chłopak przełyka ślinę. - Jestem mordercą, ale cieszę się, że żyję. - Chłopak się śmieje, po czym kontynuuje. - Pojutrze wyjeżdżam do Nowego Jorku, mogę tego nie przeżyć. - Hayato wstaje, odwraca się. - Dziękuję, że pozwoliliście mi żyć. - I opuszcza cmentarz.

   Hayato idzie już kilkanaście minut, wokoło jest spokojnie, nikt nie jeździ po ulicy, nie chodzi chodnikiem. Cisza i spokój ostatnio były rzadkimi gośćmi w życiu Hayato. Blondyn wzdycha ucieszony tym spokojem. Idzie dalej, a kiedy ktoś przystawia mu nóż do szyi, jest już ulicę dalej. Hayato się nie rusza, zachowuje spokój.
   - Łapki w tył - szepcze mu do ucha napastnik.
   Hayato posłusznie bierze ręce do tyłu, a kolejny wróg - bo chyba można ich tak nazwać - wiąże mu je razem mocną liną. Napastnik popycha blondyna przenosząc nóż na plecy chłopaka tak, żeby czuł jego czubek. Hayato idzie spokojnie, wie, że sobie poradzi. Po chwili drugi napastnik odchodzi, a pierwszy skręca razem z blondynem do innej, mniej uczęszczanej uliczki, gdzie nikt ich nie zauważy. Blondyn wytęża wzrok włączając swoją unikatową umiejętność - Wzrok Orła. Hayato podnosi głowę i rozgląda się po pobliskich dachach i blokach. Nikogo nie ma, więc jest dobrze, blondyn wkłada rękę pod swoją kurtkę i cicho, powoli wyciąga z pochwy nóż, po czym szybko wbija go w podbrzusze napastnika.
    Ten natomiast otwiera ze zdumienia szeroko oczy. Hayato przecina z trudem liny i kuca przy napastniku, który się trzyma za krwawiącą ranę.
   - Kto cię przysłał i jaki miał cel? - pyta blondyn.
   Napastnik się śmieje, po czym kaszle krwią.
   - Nie myśl sobie, że cokolwiek ci powiem - szepcze.
   - A idź do diabła. - Hayato ucisza go sprawnym dźgnięciem nożem i chowa broń. Głowa mężczyzny opada. - Cholera, a Kairos prosił, żebym nikogo nie zabijał do wyjazdu. No nic, za bardzo nie miałem wyboru.
   Hayato kuca i obszukuje napastnika. Znajduje pięć centów i papierek z tajemniczym adresem, po czym wstaje, chowa "łup" do kieszeni i odchodzi jak najszybciej. Kilka ulic dalej wyciąga skrawek papieru i wybiera numer do Kairosa - swojego trenera.
   - Halo? - pyta mężczyzna po trzecim sygnale.
   - Posłuchaj, napadli mnie. Zabiłem gościa, drugi wcześniej odszedł. Znalazłem w kieszeni gostka papier z jakimś adresem.
   - Jakim? - pyta szczerze zaciekawiony Kairos. Hayato mu dyktuje adresem, po czym zapada cisza. - O ile wiem, jest to miejscowa siedziba Abstergo, ale nie jestem pewny. - Hayato zaczyna iść w kierunku siedziby Templariuszy. - Tylko nawet tam nie podchodź.
   - Co? Czemu uważasz, że miałbym tam iść. Pff, daj spokój. - Hayato przyśpiesza z bijącym sercem.
   - Hayato, znam cię. - Kairos wzdycha. - Dobrze wiem, ze tam idziesz, ale daj spokój, nie przed podróżą do Nowego Jorku.
   - Mogę tam umrzeć, to nie wakacje! - oburza się Hayato, ale staje.
   - Uspokój się, to tylko trening.
   - Ale będę chodził na misje, więc w każdej chwili ktoś może mnie zabić.
   Na linii zapanowała cisza.
   - Nie mogę temu zaprzeczyć, ale uwierz, że nie chcemy, żebyś umarł. Wszyscy asasyni ryzykują swoje życie dla większego dobra!
   - Tak! - denerwuje się Hayato. - Ale oni mieli wybór! A ja co? Przygarnięte byle dziecko z ulicy.
   - Dobrze wiesz, czemu cię przygarnęliśmy...
   - Tak! Dla własnych korzyści! Chcieliście mój Wzrok Orła!
   - Posłuchaj...
   - Nie! - Hayato przerywa Kairosowi. - To ty mnie posłuchaj! Jestem potomkiem w linii prostej Altaïra, Ezia, Ratohnhake'tona, Haythama i Edwarda, a moim dziadkiem jest sam Desmond! Nie pozwolę, żebyście mnie traktowali jak głupie, bezuczuciowe narzędzie do walki z Templariuszami!
   - Więc co zrobisz? - pyta obojętnie Kairos. - Abstergo cię zna, więc nie możesz działać sam, bo cię złapią w chwilę.
   Hayato nie wie, co powiedzieć, stoi z otwartymi ustami szukając odpowiedzi na słowa swojego nauczyciela.
   - Ja... dałbym radę - odpowiada po chwili.
   - Nie - odpiera spokojnie Kairos. - Nie dałbyś rady, bo wciąż nie jesteś pełnoprawnym asasynem.
   - Jakoś Ezio to nie przeszkadzało! Zabili mu rodzinę, po chwili był asasynem.
   - Tobie nie...
   - Nie prawda - syczy Hayato. - Zabili mi rodzinę. Byłem przy tym, Kairos, widziałem to, do cholery!
   - To nie znaczy, że możesz być asasynem.
   - Ezio mógł!
   - Hayato! - również Kairos podnosi głos. - To było prawie sześćset lat temu! Wiesz ile rzeczy się pozmieniało?
   - Jestem po treningu, dodatkowo mam Wzrok Orła i ty mówisz, że nie jestem pełnoprawnym asasynem?
   - To nic nie znaczy, Hayato.
   - Oczywiście - głos blondyna ocieka sarkazmem. - A idź do diabła, Kairos.
   - Hayato...
   Blondyn nie słucha swojego nauczyciela. Rozłącza się, chowa telefon i idzie w stronę centrum szkoleniowego Templariuszy.

~*~

   Kairos rzuca komórkę na fotel, po czym wybiega z mieszkania z kurtką w dłoniach. Zakłada ją w biegu, przeskakując po trzy stopnie schodzi na parter i wybiega na dwór. Zapina kurtkę, wymija staruszkę z psem i biegnie dalej.
   - Co za chuligan - mruczy babcia idąc dalej.
   Kairos się śpieszy żeby uratować Hayato przed Templariuszami. Cholera - myśli - ten głupek nic nie rozumie! On jest najważniejszy, wszystko robimy dla niego... a on co? Debil wchodzi sam do budynku Abstergo. Mężczyzna wsiada na swój motor i zapala silnik. Pędzi ulicami Bostonu, żeby jak najszybciej znaleźć się przy swoim uczniu.
   Udaje się mu to po pięciu minutach. Kairos zostawia motor i biegnie do budynku. Po drodze wyjmuje pistolet i go przeładowuje. Wbiega do budynku. Hol jest zapełniony, Kairos się przepycha, robi ślizg, żeby nie zauważył go recepcjonista i biegnie korytarzami, gdzie ochrona nie jest potrzebna. Wie to wszystko od szpiegów, rzecz jasna. Asasyni mają ich tu na pęczki.
   Kairos biegnie dalej, skręca i staje nagle widząc ochroniarza stojącego tyłem do niego. Podkrada się do mężczyzny, wysuwa ukryte ostrze, które znajduje się na jego prawym przegubie. Ochroniarz nie słyszy cichego syku. Kairos szybkim ruchem wbija mu ostrze w plecy, zasłania mu również usta, czuje mrowienie, gdy mężczyzna krzyczy, a dłoń asasyna tłumi głos.
   Kairos zostawia zwłoki na podłodze i biegnie dalej. Skręca w bardziej uczęszczany korytarz. Zakłada kaptur, gdy ochroniarze go zauważają i wtapia się w tłum, by przedostać się do schodów. Nikt go nie widzi. Po chwili Kairos jest na szczycie schodów, czeka na windę. Gdy ta staje, drzwi się otwierają, a asasyn czeka, aż wszyscy z niej wyjdą. Asasyn wchodzi do niej i klika przycisk z numerem 16 - najwyższym piętrem siedziby Abstergo. Po chwili czuje zmianę zapachu - z nijakiego na zapach lekarstw. Otwiera szeroko oczy i szybko zasłania rękawem usta i nos.
   Jest jednak za późno, Kairos pada bezwładnie na podłogę windy.


~*~

   Hayato podciąga się i staje, by złapać oddech. Wspinaczka na szczyt budynku Abstergo nie należała do najłatwiejszych - Japończykowi trudno było znaleźć uchwyty w ścianie. Raz prawie spadł, ale udało mu się w ostatniej chwili złapać parapetu obijając sobie boleśnie prawe kolano. Grunt, że żyję, myli blondyn i idzie dalej. Dziwi się, że Kairosa tu nie lub przynajmniej nie dodzwania się do Hayato.
   Blondyn podchodzi do drzwi i próbuje wejść, jednak są one zamknięte. Bez wahania chłopak kopie z całej siły zamek, a ten puszcza. Zadowolony z siebie Hayato idzie po schodach w dół. Myśli tylko o tym, że asasyni będą z niego dumni, jeśli mu się uda. Jeśli nie, to cóż... nic się nie stanie.
   Chłopak nie zdaje sobie sprawy z tego, jaki ważny jest dla Bractwa.
   Blondyn biegnie w dół po drodze biorąc do ręki nóż. Na najwyższych piętrach nikogo nie ma, bo znajdują się tu gabinety używane tylko w nocy. Hayato zbiega po schodach dwa piętra w dół, nadal nikogo nie ma. Blondyn sprawnie zabija nożem strażnika, który wybiegł zza rogu.
   Zatrzymuje jednak się słysząc głos dobiegający z głośników porozmieszczanych co kilka metrów pod sufitem:
   - Witam, panie Miles! - Hayato rozpoznaje głos, to Warren Black, aktualny przywódca Templariuszy w Bostonie. - Czy przyszedł pan uratować swojego kolegę? - Blondyn mruży oczy, a one niebezpiecznie rozbłyskają srebrem. - Proszę nam oddać Drugie Jabłko (artefakt, który znalazł Ezio w bibliotece Altaïra w Revelations), a pański ziomek zostanie oddany panu. Dziesiąte piętro, ostatni pokój po lewo. Zapraszam. - ostatnie słowo jest oschłe.
   Hayato rozpoznaje sytuację - wiele lat temu Abstergo porwało jego pradziadka i dziadek musiał go ratować... (w trzeciej części). Blondyn przypomina sobie opowieści, jakie słyszał przed wstąpieniem do Bractwa.
   Dopiero po chwili asasyn rusza w stronę schodów. Idzie powoli, w końcu odzywa się zniecierpliwiony głos Blacka:
   - Szybciej, panie Miles - syczy templariusz. - Pański ziomek może w każdej chwili umrzeć, radzę się pośpieszyć.
   Hayato warczy, ale przyśpiesza. Swoimi - teraz już całkowicie srebrnymi - oczami obserwuje korytarze, przypatruje się wszystkim ochroniarzom, których mija po drodze. Po ich plecach przechodzi dreszcz, gdy asasyn przenikliwie się w nich wpatruje. Hayato idzie dalej - w dłoni wciąż ma nóż. Warczy na ochroniarza, który wyszedł przed niego. Ten uciecha w popłochu. Po pięciu minutach Hayato staje przed drzwiami ostatniego pokoju na lewo na dziesiątym piętrze. Podnosi rękę, jednak zatrzymuje go głos Blacka:
   - Najpierw proszę oddać mojemu koledze nóż, panie Miles.
   Do asasyna podchodzi jeden z ochroniarzy z obawą wymalowaną na twarzy. Hayato oddaje mu swoją broń.
   - Ma pan ostrza? - pyta jeszcze Black. Brak odpowiedzi uznaje za nieme "tak", drzwi się otwierają.
   Hayato wchodzi do przestronnego pomieszczenia. Ściany są białe, a zamiast jednej szereg okien. Przechodząc obok nich asasyn patrzy w dół, po czym przenosi wzrok na Kairosa, który siedzi na środku pokoju przywiązany do białego krzesła. Patrzy przepraszająco na swojego podopiecznego. Obok niego stoi Warren ubrany w ciemne spodnie i kitel rodem z laboratorium. Po prawej stronie stoi trójka ochroniarzy, po lewej tyle samo.
   - Jabłko - odzywa się Warren. - za pańskiego ziomka.
   - Najpierw asasyn.
   - Nie, panie Miles. Jabłko pierwsze.
   Hayato rozkłada ręce kłaniając się lekko. Ściąga plecak i go otwiera.
   - Nie! - krzyczy Kairos. - Spadaj stąd, nie dawaj mu Jabłka!
   Blondyn podnosi wzrok, patrzy w oczy Kairosa. Ten pojmuje. Śmieje się krótko, przerywa mu jeden z ochroniarzy uderzając go pistoletem w twarz. Kairos pluje krwią.
   - Jabłko, panie Miles - mówi Black.
   Hayato nie odpowiada, wyciąga z plecaka szare Jabłko i podchodzi powoli do Warrena szurając plecakiem po podłodze.
   - Chcesz Jabłko, Warren? - pyta Hayato z tryumfalnym uśmiechem na twarzy. - Proszę, oto ono.
   Blondyn wyciąga przed siebie rękę z artefaktem, Black robi krok w przód, by go odebrać asasynowi, jednak Jabłko rozbłyska jasnym światłem oślepiając templariusza. Ochroniarz stojący obok pod wpływem artefaktu wyciąga z kabury pistolet i kieruje lufę prosto między oczy Warrena.
   - Nie... Błagam, nie!
   Ochroniarz strzela. Warren pada na ziemię. Wszyscy ochroniarze są przerażeni. Każdy z nich pod wpływem artefaktu kieruje lufę pistoletu do swojej twarzy. Rozlega się sześć odgłosów strzału, wszyscy padają na ziemię.
   Jabłko przestaje świecić, Hayato pada na kolana wyczerpany. Słyszy, jak inni ochroniarze tu biegną zaalarmowani odgłosami strzelaniny.
   - Nie, żeby coś, stary... - zaczyna niepewnie Kairos. - Ale powinniśmy stąd spadać, tak sądzę.
   - Już...
   Hayato wstaje, wysuwa swoje ukryte ostrze i przecina nim liny wiążące Kairosa. Ten wstaje i masuje sobie nadgarstki.
   - Ach... umieją mocno wiązać.
   Blondyn go nie słucha, kuca przy Warrenie. Black jeszcze nie jest martwy.
   - Na nic ci moja śmierć - śmieje się templariusz. - Nawet, gdybyście wygrali, my i tak się odrodzimy. Wiesz, czemu? Ponieważ Zakon wyrósł ze ZROZUMIENIA. My nie potrzebujemy kodeksu. Jedyne, co potrzebujemy to świat taki, jakim jest. I właśnie dlatego nas nie da się pokonać! (Jest to zmieniona wypowiedź Haythama chwilę przed jego śmiercią)
   Hayato milcząc ucisza Warrena wbijając mu ostrze w szyję.
   - Requiescant in pace... (spoczywaj w pokoju) - Blondyn wstaje, po czym dodaje - bastardo. (draniu, łotrze)
   - Chodź, zwijamy się stąd.
   Hayato kiwa głową, chowa Jabłko do plecaka, jednak Kairos powstrzymuje go:
   - Jeśli chcemy wyjść stąd żywi, nie chowaj go.
   W odpowiedzi Hayato śmieje się i chowa artefakt do plecaka. Wyjmuje z niego dwa spadochrony. Jeden oddaje swojemu nauczycielowi.
   - Tak, doskonale wiem, że masz lęk wysokości - mówi blondyn, gdy Kairos przełyka głośno ślinę. Hayato poklepuje go pocieszająco po ramieniu i wychodzi z pokoju. Jego trener, chcąc nie chcąc, idzie za nim.

   - Jakbyś za mną nie poszedł, poradziłbym sobie - mówi Hayato, gdy są na szczycie budynku.
   - Mogę wiedzieć, co chciałeś zrobić?
   - Zabić Blacka - śmieje się Hayato.
   - Wiele ci nie przeszkodziłem. - Kairos podchodzi do krawędzi budynku i przełyka ślinę. - Musimy spadochronami? Co ci takiego zrobiłem? - pyta zawiedziony.
   - Tamten ochroniarz zabrał mi nóż. Mój ulubiony.
   - Ale go odzyskałeś - niemal jęczy Kairos.
   - No i co? - Hayato przekłada swój plecak na brzuch i zakłada spadochron. Zapina się i sprawdza uprząż swojego nauczyciela.
   - Okej...
   - Na trzy. Razem. - Kairos kiwa głową i przełyka ślinę. - Raz... dwa... trzy!
   Hayato łapie swojego trenera za rękę i razem z nim skacze. Kairos jest przerażony, ściska dłoń blondyna. Otwierają spadochrony w tym samym czasie, po czym spokojnie lądują.
   - Widzisz? - pyta wesoło Japończyk. - Nic strasznego.
   - Spadaj. - Kairos wstaje z klęczek lekko się kołysząc na boki, a Hayato się śmieje.

~*~

   - Dziadku? - Hayato wchodzi do mieszkania Desmonda. - Jesteś?
   - W salonie.
   Asasyn wiesza kurtkę na wieszaku i w adidasach wchodzi głębiej do mieszkania.
   - Znów przefarbowałeś sobie włosy - wita go Desmond.
   - Tak - śmieje się Hayato. - I co, pasują mi? - Japończyk robi śmieszną pozę.
   - Tak - Desmond się śmieje. - Ale jakoś dziwnie to wygląda... jeszcze nikogo nie widziałem w takiej fryzurze.
   - Bo ty dziadku nie miałeś czasu na farbowanie włosów i bieganie po mieście.
   - Prawda - przyznaje Desmond. - Nie miałem.
   Hayato poprawia włosy. Są koloru blond, grzywka lekko nachodzi na lewe oko. Na górze włosy są jeszcze pofarbowane na różowo i granatowo. Cała fryzura lekko się faluje.
   - Więc... jaki jest cel twojej wizyty? Byłeś u mnie przedwczoraj.
   - Wyjeżdżam do Nowego Jorku.
   - Kiedy?
   - Pojutrze. Kairos mówi, że to trening, ale będę normalnie chodził na różne misje.
   - Rozumiem.
   Zapada cisza. Desmond siedzi tyłem do wnuczka, patrzy przez okno na park.
   - Jesteś na mnie zły - stwierdza mężczyzna.
   - O co chodzi? Ja nie jestem na ciebie zły - dziwi się Hayato. - Nie mam, za co.
   - Nie byłem dobrym dziadkiem.
   - Hę? Dziadku, o co chodzi... ?
   - Po śmierci twoich rodziców nie zaadoptowałem cię, tylko oddałem całkowicie obcym ludziom, do Bractwa.
   Hayato się śmieje.
   - Daj spokój, byłoby tak samo, jak z tobą. Chcąc, nie chcąc i tak byłeś asasynem. Tylko, że na początku porwało cię Abstergo, ale z tym nie będę miał chyba kłopotów.
   - Mam prośbę - mówi po chwili ciszy Desmond, gdy Hayato się podnosi. - Nie umrzyj w Nowym Jorku.
   - Nie mam takiego zamiaru, dziadku. Do zobaczenia.
   Blondyn wychodzi. Ciągle jednak nie może odpędzić się od myśli, że najprawdopodobniej umrze w Nowym Jorku.

~*~ 

   Hayato odbiera telefon i nic nie mówi. Czeka, aż pijany Yusuf coś z siebie wydusi.
   - Stary... Czarny Płomyk, skrzyżowanie piętnastej z trzecią...
   - Już jadę - Hayato się śmieje.
   Blondyn się rozłącza, bierze kurtkę i wychodzi z bloku zakładając ją po drodze. Wzdycha - kolejny raz musi jechać po przyjaciela, bo ten nie zna umiaru w piciu. Hayato ma nadzieję, że dy będą w Nowym Yorku, to się zmieni, jednak wie, że to graniczy z cudem. Blondyn wsiada do samochodu, przekręca kluczyk w stacyjce i wyjeżdża na ulicę. Jedzie coraz szybciej. Śpieszy się - Yusuf robi dziwne rzeczy, kiedy jest pijany. Hayato pędzi ulicą, o czym gwałtownie staje pod klubem. Wyskakuje z auta na śnieg i podchodzi do przyjaciela siedzącego na pobliskiej ławce.
   - Yusuf, to ja. - Hayato kuca, czeka na odpowiedź Turka.
   Brunet coś bełkocze. Hayato wzdycha, po czym podciąga Yusufa i pomaga mu dojść do jego auta. Ciężko sadza go na tylnym siedzeniu i zajmuje miejsce za kierownicą. Blondyn przekręca kluczyk, a po chwili auto jedzie już w stronę mieszkania Hayato.

~*~

Hm, rozdział krótki i nie jestem do końca z niego zadowolona, bo chciałabym napisać dłuższy, ale byłam na koloniach i zaraz jadę w góry, więc nie mam/miałam/będę miała za dużo czasu na pisanie. Zacznijmy od tego, że w górach nic nie napiszę, bo jadę z rodziną i czasu wolnego nie będzie. Z resztą, muszę ogarnąć jeszcze jednego bloga, więc robotę mam >.<
A propo, dość trudno pisze mi się w czasie teraźniejszym i jeśli pomysł nie wypali, zmienię czas na przeszły. Z resztą, pierwszy raz piszę w teraźniejszym, zawsze pisałam w przeszłym. A pisanie o asasynach też nie jest najprostsze, ale mam już plan na najbliższe kilkadziesiąt rozdziałów, tak sądzę. :3
No nic, przepraszam jeszcze raz za długość i do napisania =^.^=

piątek, 12 lipca 2013

PROLOG

~ Uwaga, zamiast rozdziałów zrobię sekwencje ;) ~

   Zimno. Śnieg leży wszędzie naokoło, a z nieba nadal padają białe płatki.
   Środek zimy w Bostonie nie jest łagodny, śnieg sięga do kolan dorosłego człowieka.
   Dwójka ludzi stoi na środku lasu. On - nonszalancko, luzacko patrzy na niższą od siebie dziewczynę. Ona - drży z zimna, a w jej oczach widać całkiem sporo łez. Nie podnosi wzroku. Widok obojętnej twarzy chłopaka tylko ją boli. Ich oddechy zmieniają się w parę w ułamku sekundy. Nikt nic nie mówi, bo po co?
   Dziewczyna zaczyna łkać. Chłopak tylko na nią patrzy, chociaż wyraz jego twarzy się zmienił z obojętnej na zatroskaną. Łkanie dziewczyny zamienia się w gwałtowny płacz. Chłopak podchodzi powoli do dziewczyny. Ona podnosi zdziwiona wzrok, a on ją przytula.
   - Przepraszam - szepcze dziewczynie chłopak do ucha. - Muszę jechać do Nowego Jorku. Nie chcę tego, ale muszę.
   - Kie... Kiedy wrócisz? - pyta ona na chwilę powstrzymując płacz.
   Chłopak przełyka głośno ślinę. Dziewczyna podnosi wzrok, patrzy w jego zielono-srebrne oczy.
   - Nie wiem - odpowiada smutno chłopak, a dziewczyna wtula się w jego tors. Jest jej cieplej. - Najlepiej o mnie zapomnij, nie chcę cię ranić.
   Dziewczyna kręci przecząco głową.
   - Będę na ciebie czekać - jej głos jest przytłumiony, jednak chłopak doskonale ją rozumie. Uśmiecha się i całuje dziewczynę w czubek głowy. Chce jej pokazać, że jest dla niego najważniejsza, tylko jak?
   - Lepiej wracajmy - mówi chłopak po chwili ciszy. - Zaraz tu zamarzniemy - on się śmieje, a dziewczyna się lekko uśmiecha.
   Idą obok siebie, trzymają się za ręce, rękawiczka dziewczyny lekko grzeje dłoń chłopaka. Ona - smutna, choć z cieniem uśmiechu na ustach, a on zamyślony. Nie wie, co go czeka w Nowym Jorku. Przypomina sobie jego ostatnie podróże - do Paryża po to, żeby przekonać się, że nie ma tam żadnego Templariusza. Stracił tam dziesięć miesięcy. Był w Rzymie - na tropach dawnego Bractwa. Ta podróż mu się podobała, siedem miesięcy ciągle trwających przygód. I ostatnia podróż, do Szanghaju. Pod wpływem złych wspomnień chłopak ściska mocniej rękę dziewczyny, jednak ta tego nie zauważa, wydaje się, że jest w swoim świecie. On się uśmiecha smutno widząc to. Ona nie ma smutnych wspomnień, nie jest mordercą, nie jest asasynem. Chłopak jej zazdrości, ale nie miał wyboru - po śmierci rodziców właśnie Bractwo go przygarnęło wiedząc, że ma specjalne umiejętności. On jednak nie ma im tego za złe - Bractwo stało się jego rodziną. Cieszy się.
   Para dochodzi do beżowego domku. Chłopak staje, dziewczyna sekundę później wyrywając się ze swojego świata.
   Nastaje niezręczna cisza, każde z nich boi się odezwać wiedząc, że niebawem rozstaną się na długi czas, być może na zawsze.
   - Nadal myślę, że powinnaś o mnie zapomnieć - zaczyna mówić chłopak. - Nie wiem, czy wrócę, a nie chcę... - Przerywa mu dziewczyna całując go.
   Chłopak zdziwiony oddaje pocałunek, po chwili ona się od niego odsuwa. Przytula się do niego i odsuwa się dopiero po minucie.
   - Żeby mi było jasne... Nie zapomnę cię bez względu na wszystko. Będę tu czekać choćby do śmierci.
   Więc możesz czekać dość krótko, komentuje to w myślach chłopak, nie odważa się tego powiedzieć na głos.
   - Przyjdę do ciebie przed pociągiem i cię odprowadzę - mówi dziewczyna. Chłopak chce powiedzieć, że nie ma takiej potrzeby, jednak kiwa głową i mówi:
  - Dobrze, do zobaczenia. - Odchodzi, zanim będzie chciał jej powiedzieć, że pewnie umrze w Nowym Jorku.

~*~*~

Ok, jest prolog, mam nadzieję, że wyszedł ok :D. Rozdział pierwszy zaraz zacznę pisać. Do napisania!

Okey, zaczynam.

Ekhu, ekhu *odchrząkuje*.

Dziękuję, że tu weszliście. Jest to blog z opowiadaniem o Asasynach na podstawie wszystkich części Assassin's Creed. Możecie to zrozumieć po przeczytaniu tytułu - Nic nie jest prawdziwe, wszystko jest dozwolone. Jest to motto Asasynów. Znaczy tyle, że nic nie jest na tyle stabilne, żeby przetrwać wszystko i to, że sami kształtujemy nasze życia.

Ktoś z Was może mnie znać z moich innych blogów - Konoha High School by Yae i Życie jest tylko jedno, mimo przeciwności losu trzeba przeżyć je godnie.

Dziękuję za uwagę i zachęcam do czytania nawet, jeśli nie jesteś fanem gier/książek Assassin's Creed ;)

Rozdział pokaże się do dwudziestego pierwszego lipca ;)