~ Uwaga, zamiast rozdziałów zrobię sekwencje ;) ~
Zimno. Śnieg leży wszędzie naokoło, a z nieba nadal padają białe płatki.
Środek zimy w Bostonie nie jest łagodny, śnieg sięga do kolan dorosłego człowieka.
Dwójka ludzi stoi na środku lasu. On - nonszalancko, luzacko patrzy na niższą od siebie dziewczynę. Ona - drży z zimna, a w jej oczach widać całkiem sporo łez. Nie podnosi wzroku. Widok obojętnej twarzy chłopaka tylko ją boli. Ich oddechy zmieniają się w parę w ułamku sekundy. Nikt nic nie mówi, bo po co?
Dziewczyna zaczyna łkać. Chłopak tylko na nią patrzy, chociaż wyraz jego twarzy się zmienił z obojętnej na zatroskaną. Łkanie dziewczyny zamienia się w gwałtowny płacz. Chłopak podchodzi powoli do dziewczyny. Ona podnosi zdziwiona wzrok, a on ją przytula.
- Przepraszam - szepcze dziewczynie chłopak do ucha. - Muszę jechać do Nowego Jorku. Nie chcę tego, ale muszę.
- Kie... Kiedy wrócisz? - pyta ona na chwilę powstrzymując płacz.
Chłopak przełyka głośno ślinę. Dziewczyna podnosi wzrok, patrzy w jego zielono-srebrne oczy.
- Nie wiem - odpowiada smutno chłopak, a dziewczyna wtula się w jego tors. Jest jej cieplej. - Najlepiej o mnie zapomnij, nie chcę cię ranić.
Dziewczyna kręci przecząco głową.
- Będę na ciebie czekać - jej głos jest przytłumiony, jednak chłopak doskonale ją rozumie. Uśmiecha się i całuje dziewczynę w czubek głowy. Chce jej pokazać, że jest dla niego najważniejsza, tylko jak?
- Lepiej wracajmy - mówi chłopak po chwili ciszy. - Zaraz tu zamarzniemy - on się śmieje, a dziewczyna się lekko uśmiecha.
Idą obok siebie, trzymają się za ręce, rękawiczka dziewczyny lekko grzeje dłoń chłopaka. Ona - smutna, choć z cieniem uśmiechu na ustach, a on zamyślony. Nie wie, co go czeka w Nowym Jorku. Przypomina sobie jego ostatnie podróże - do Paryża po to, żeby przekonać się, że nie ma tam żadnego Templariusza. Stracił tam dziesięć miesięcy. Był w Rzymie - na tropach dawnego Bractwa. Ta podróż mu się podobała, siedem miesięcy ciągle trwających przygód. I ostatnia podróż, do Szanghaju. Pod wpływem złych wspomnień chłopak ściska mocniej rękę dziewczyny, jednak ta tego nie zauważa, wydaje się, że jest w swoim świecie. On się uśmiecha smutno widząc to. Ona nie ma smutnych wspomnień, nie jest mordercą, nie jest asasynem. Chłopak jej zazdrości, ale nie miał wyboru - po śmierci rodziców właśnie Bractwo go przygarnęło wiedząc, że ma specjalne umiejętności. On jednak nie ma im tego za złe - Bractwo stało się jego rodziną. Cieszy się.
Para dochodzi do beżowego domku. Chłopak staje, dziewczyna sekundę później wyrywając się ze swojego świata.
Nastaje niezręczna cisza, każde z nich boi się odezwać wiedząc, że niebawem rozstaną się na długi czas, być może na zawsze.
- Nadal myślę, że powinnaś o mnie zapomnieć - zaczyna mówić chłopak. - Nie wiem, czy wrócę, a nie chcę... - Przerywa mu dziewczyna całując go.
Chłopak zdziwiony oddaje pocałunek, po chwili ona się od niego odsuwa. Przytula się do niego i odsuwa się dopiero po minucie.
- Żeby mi było jasne... Nie zapomnę cię bez względu na wszystko. Będę tu czekać choćby do śmierci.
Więc możesz czekać dość krótko, komentuje to w myślach chłopak, nie odważa się tego powiedzieć na głos.
- Przyjdę do ciebie przed pociągiem i cię odprowadzę - mówi dziewczyna. Chłopak chce powiedzieć, że nie ma takiej potrzeby, jednak kiwa głową i mówi:
- Dobrze, do zobaczenia. - Odchodzi, zanim będzie chciał jej powiedzieć, że pewnie umrze w Nowym Jorku.
~*~*~
Ok, jest prolog, mam nadzieję, że wyszedł ok :D. Rozdział pierwszy zaraz zacznę pisać. Do napisania!